Oprawa artystyczna książek

Początek lat 90. XX wieku. Świadectwo dojrzałości. Po wielu latach pracy w firmie rodzinnej rozpoczynam samodzielną pracę z książkami. Rozpoczyna się najlepszy okres w moim życiu.

Osiem lat później. Moja pracownia ma kilka lat, wykonuję zlecenia dla urzędu miasta i mieszkańców, czasem bibliofilów, jednak moje marzenia są większe. Wróciłam do pracy. W domu kilkumiesięczna śliczna dziewczynka. Zastanawiam się jak dam radę z firmą i maleństwem. To był czas odległy, czas żółtych książek telefonicznych. Ramka w warszawskiej – to był majątek. Trudno. Zamawiam. Umieszczam. Zapominam. Uczę się z anglojęzycznych książek, nie znając języka, oglądam katalogi wystaw i aukcyjne dla bibliofilów, kupuję książki o introligatorstwie, na które mnie nie stać. Wyszukuję informacji w raczkującym internecie. Próbuję. W Paryżu stoję przed witryną sklepu dla introligatorów całą wieczność, liżę szybę. Jest zamknięte. W soboty nie pracują. Nie wiedziałam.

Pewnie do dziś są ślady moich paznokci na trotuarze, które pozostawiłam, gdy mnie mąż odrywał od niej i przywracał światu. Jadę do Krakowa do Muzeum Miasta i zamawiam z magazynu archiwum po wybitnym introligatorze Robercie Jahodzie. Robię zdjęcia. Moim klientom tłumaczę i pokazuję, że można lepiej, więcej. Zaczynają przyjeżdżać bibliofile z Warszawy. Zaczynają ode mnie wymagać. Każda książka jest wyzwaniem. Przy każdej pokonuję własne ograniczenia. Skóry, oprawy zawieszane, pergaminowe, organiczne. Naturalne kleje. Pracownia przy ul. Wileńskiej w Łodzi ma niepowtarzalny klimat. Drewniane zielone okna i drzwi ze szprosami, metalowy dzwonek z sercem oznajmia wchodzących gości, drewniana antresola ze schodami na składowanie materiałów, spokój i cisza. Często przywożę tu maleńką córeczkę, ona śpi spokojnie, ja pracuję.

Któregoś wieczora dzwoni telefon. To jest TEN telefon. Słucham i uszom nie wierzę. Zamarłam z wrażenia. Zrobiłam to, o co mnie poproszono. Wysłałam. Dostałam zaproszenie i pytanie, czy mogę obejrzeć oryginał sprzed ponad 550 lat i ocenić, czy podołam. Szok. Niedowierzanie. Ogromny lęk. Po kilku dniach bladym świtem wsiadam w auto, nie ma jeszcze autostrad, pokonuję 300 km. Spotykam biskupa, kilku polityków, samorządowców i urzędników a przede wszystkim wielu specjalistów. Czekają na mnie. Jestem spanikowana.

Jest i ONA. Piękna. Dostojna. Legendarna. Mistyczna. Bardzo dobrze zachowana. Matka naszej cywilizacji. Pierwsza książka drukowana ruchomą czcionką. Biblia 42-wierszowa wydrukowana w Moguncji latach 1452–1455 przez Jana Gutenberga. Przełykam ślinę przez zaciśnięte gardło. Podchodzę ostrożnie prowadzona dziesiątkami par oczu. Nie widzę i nie czuję ich. Jest tylko ona. Dwa tomy. Format folio. Oprawa przyciemniona przez czas, zbrązowiała, z nielicznymi ubytkami skóry tu brakuje guza tam zapięcia. Drobnostki, jak na ponad pół tysiąclecia. Gładzę ją delikatnie, czuję te setki rąk, przez które przechodziła w swych dziejach, czuję zachwyt Gutenberga, gdy pierwsze karty wyjmował spod prasy. Jego marzenie, jego sny i obsesje, by szybko wzbogacić się na zminimalizowaniu czasu produkcji książek. Nagle! Słyszę krzyk, co to? Krzyk czeladnika i tupot jego nagich stóp, gdy czmycha przed ciężką pięścią pryncypała! Nie wiedzieć czemu jedna z czcionek wymsknęła się ze składu i na karcie 46 ubrudziła stronę pod kolumną druku. Trudno. Papier drogi. Może nikt nie zauważy. Wracam do rzeczywistości, ślad nadal jest i uczy nas jakiego kształtu był słupek czcionki.

Oglądam karty. Doskonały kontrast bieli papieru ze szmat i czerni farby z sadzy. Jestem urzeczona. Teraz oprawa. Precyzja tłoczenia radełkiem z ornamentem roślinnym i kilka tłoków negatywowych, kółko z postacią smoka, linie, da się też odczytać inskrypcję mało skromnego, acz zdolnego oprawcy „hin(ri)c(us) cost(er)” i „bant dit”. Przechodzę od analizy oprawy, skóry… W literaturze napisano, iż to skóra cielęca. Oglądam dokładnie, ziarno! Nie! To nie może być ta skóra… wykrzyknęłam głośnym szeptem, a moje słowa rozdarły tak przejmującą dotąd ciszę. Kilkanaście par oczu rzuca na mnie zdziwione i przerażona spojrzenia. Tłumaczę. Chłonę jej zapach. Opisuję parametry i wracam do domu. Wracam zawstydzona i z poczuciem klęski, ze świadomością, że zmarnowałam swą wielką szansę. Siadam do klejenia papieru i skóry, do codzienności. Po kilku miesiącach telefon. Dostałam to zamówienie! DOSTAŁAM! Ze wszystkich introligatorni, nie tylko w Polsce, ale i w całej Europie! Nie byłam najtańsza!

Zaczęła się na dobre przygoda mojego życia…

Nazywam się Dominika Świątkowska.

Jestem introligatorem i bibliofilem. Jestem rzemieślnikiem z bogatym, blisko 30-letnim doświadczeniem w oprawianiu najważniejszych dzieł literatury i tworzeniu unikalnych na skalę światową projektów introligatorskich. Jestem także badaczem historii zdobnictwa i metodologii opraw.

Swoje życie poświęciłam introligatorstwu oraz miłości do materiałów naturalnych, takich, jakie stosowano przed wiekami. Jestem także twórczynią marek Librarium i Pugillares, wizjonerką a przede wszystkim zaś pasjonatką wyrafinowanego i perfekcyjnego rzemiosła minionych epok. Epok, z których wywodzą się korzenie mojej duszy.

Z pietyzmem odtwarzam biblioteki rodowe i buduję księgozbiory, które nie dość, że zachwycają swym pięknem, to wytrzymają próbę czasu. Tworzę luksusowe, unikatowe akcesoria do bibliotek gabinetowych, dla ludzi ceniących wyjątkowe przedmioty. Prace sygnowane przez Librarium zdobią biblioteki w wielu krajach Europy oraz Japonii i USA. Wykonywałam prace m.in. dla Jana Pawła II, królowej Elżbiety II, arcybiskupów i biskupów, prezydentów i ambasadorów, a przede wszystkim dla zwykłych ludzi kochających trwałość i piękno.

Jednym z największych moich wyzwań zawodowych było odtworzenie i wykonanie kilkudziesięciu pierwszych egzemplarzy kopii oprawy Henryka Costera z Lubeki z XVI wieku, zachowanej na polskim egzemplarzu „Biblii” drukowanej przez Gutenberga prawie 570 lat temu. Odtworzyłam renesansową oprawę organiczną, szytą na sznury, osadzoną w deski dębowe, obleczoną skórą kozią, wyklejoną cielęcym pergaminem, z okuciami i zapięciami, dokładnie tak jak na oryginale.

Od 2017 roku projektuję, oprawiam i wydaję tę literaturę, która moim zdaniem zasługuje na doskonałą formę.

Zdaniem Waldemara Łysiaka, autora „Empireum”, najważniejszej pozycji książkowej wszystkich bibliofilów, opisującej pasję kolekcjonowania opraw, książek i grafik, jestem po prostu… Sprawdźcie sami…

Wyobraźcie sobie, jaką czułam odpowiedzialność i jak przytłoczyły mnie te słowa, gdy miałam jedynie 30 lat. Jeśli czujecie taką potrzebę, oddam Wam część mojej duszy, zawartą w moich książkach. W każdej zostawiam cześć serca, fragment mojej duszy i wrażliwości. Nie martwcie się jednak, mam jej jeszcze niezmierzone pokłady, bo miłość zawsze się mnoży, więc z każdą pracą mam jej w sobie więcej.


Oprawy powstały, by chronić myśli poprzednich pokoleń dla przyszłych pokoleń. Dzięki zapisowi literowemu książka ma zakodowaną treść, a dzięki swojej formie opowiada nam o umiejętnościach, wrażliwości, zamożności, wykształceniu, podejściu do piękna, i estetyki ludzi epoki, w której powstała. Książka jest wymagająca, trzeba dużo wiedzieć, aby widzieć więcej.

W historii naszego kraju mamy niestety niewiele pięknych książek. Misją Librarium jest wzbogacenie naszej kultury o mądre i piękne woluminy, które będą radością o znacznej wartości dla swoich posiadaczy. Wartości nie tylko materialnej, ale i emocjonalnej.

Książki Librarium są skierowane do miłośników piękna, szlachetnych materiałów, detalu, rzemiosła a przede wszystkim szelestu i szeptu stron.